Jak rozwinąć wyobraźnię… czyli igraszki z gadem

Obiecałem ten tekst w artykule „Skąd się biorą pomysły… czyli co widać w kałuży”. Muszę zacząć od sprostowania podstępnie przemyconej w tytułowym pytaniu tezy. Wyobraźni rozwijać nie trzeba. Sama sobie mknie z prędkością światła, nie oglądając się na nas. Wystarczy ją tylko uwolnić, a potem jedynym zmartwieniem jest nadążenie za nią. Brzmi prosto, bo jest proste… ale nie łatwe. Dlaczego? Bo wymaga odwagi.

„Kreatywność oznacza często prostą, cichą odwagę”
– Scott Berkun

Brzmi trochę zagadkowo (może nawet pompatycznie), ale zaraz wszystko się wyjaśni. Co więc możemy zrobić? Primum non nocere – po pierwsze nie szkodzić. Krótko mówiąc kwestia sprowadza się do tego, jak jej nie przeszkadzać? Na pewno każdy z nas uczestniczył kiedyś w zebraniu. Niektórzy być może w wielu i to regularnie, więc łatwo przypomną sobie ten uroczy klimat dyskusji typu – musimy coś wymyślić. Zazwyczaj na początku pada określenie – mniej lub bardziej dokładne – pożądanego celu, po czym zapada długa cisza… i słusznie, bo w tym momencie należałoby zebranie zakończyć. Później wyjaśnię dlaczego. Niestety zazwyczaj próbuje się tę ciszę przerwać mniej lub bardziej nieśmiałymi propozycjami rozwiązań, każdorazowo ochoczo kwitowanymi bardzo pewnymi stwierdzeniami typu: to już było, nikt tak nie robi, nie da się, to nie nasza sprawa, nie podoba mi się (zarezerwowane zwyczajowo dla szefów), to nic nie da, nie w naszym przypadku etc… Można by wyliczać bez końca. No w tym akurat jesteśmy bardzo kreatywni. Ilość sposobów na wynalezienie powodów niezastosowania pomysłów, albo ich ignorowania (czy wręcz unicestwiania) jest praktycznie nieograniczona i można by temu poświęcić odrębny tekst – co oczywiście zrobię. Aż prosi się by ten trend odwrócić. Musimy dokonać jedynie małej sztuczki:

przechytrzyć gadzi mózg

Czytaj dalej

Z pamiętnika prokrastynatora… czyli odwlekanie odwlekania

Odwlekanie zawsze było moją zmorą. Choć oczywiście przez dłuższy czas nie postrzegałem tego w ten sposób. Wydawało mi się, że wszyscy postępują, mniej więcej, tak samo. Przecież do egzaminów najlepiej uczy się w przeddzień, czyż nie? Terminy są ustalane po to, żeby zadania robić właśnie wtedy, gdy jest termin. Robienie przed terminem, to też działanie nieterminowe, prawda? Więc konsekwentnie pilnowałem się terminów. A ich przekraczanie było oczywistą wadą planowania, a nie skutkiem mojego działania. A spóźnianie się na spotkania nie było wynikiem odwlekania momentu wyjścia, tylko czasu, który nagle zaczął biec zbyt szybko, albo złośliwie wydłużającej się drogi. Zresztą według mnie zawsze byłem na czas (czyli dokładnie o czasie mojego przybycia), to tylko czas był nie ten. Klasyczny podział na zadania ważne i nieważne też miał u mnie własną definicję: ważne były te rzeczy, które zrobiłem. Skoro czegoś nie zrobiłem, to znaczy, że nie było to ważne… inaczej bym to zrobił. Trudno było się oprzeć logice. Nieubłaganie wskazywała na nierealność oczekiwań; działania były w porządku.

Fot. Massimo Valiani

Fot. Massimo Valiani

Wszystko szło pięknie, aż się nie zorientowałem, że wszystkie moje plany, które miałem zrealizować lada moment, są w tej samej fazie już od dekady. Obudowane nowymi, wspaniałymi pomysłami (z rozmachem, a jakże) i czekające na finalny, wspaniały, całościowy, niepodważalny, gwarantujący sukces… plan. Tak było z planami zawodowymi, prywatnymi, pasjami, hobby i Bóg wie z czym jeszcze.

Czytaj dalej

Jak tworzyć wizję… czyli historia jednej rzeźby

David (reproduction)_Theron LaBounty_CC BY-NC-SA 2.0

Fot. Theron LaBounty

Wątek poświęcony zarządzaniu postanowiłem zacząć – jak radzi stare, mądre porzekadło ( nie pamiętam już, czy hydraulików, czy artylerzystów) – z grubej rury. Czyli od wizji. Jak się tworzy wizję firmy? Na ten temat można znaleźć masę opracowań i mądrych porad (wpisanie w wyszukiwarkę „jak tworzyć wizję” daje ponad pół miliona odnośników – tylko po polsku). Ja od siebie powiem krótko – nie ma tu mądrych. Po prostu wizję trzeba mieć. Albo się ją ma, albo nie. Jak się nie ma, trzeba sprzymierzyć się z kimś kto ją ma i nas nią zarazi. Jak się ma trzeba zarażać nią innych. Koniec, kropka. Wspomniane porady podają oczywiście bardzo słuszne złożenia, wytyczne, przykłady, a czasem rozpisaną szczegółowo receptę od a do z. Ale to jest jak z poradnikami typu „jak napisać bestseller?”. Zazwyczaj bestsellerem są same poradniki i na tym się kończy. Często przytacza się też przykłady wielkich przedsiębiorców, dla podparcia przedstawianych „receptur”, ale według mnie opisują one jak ich wielkie wizje były wyrażane i realizowane, a nie skąd się wzięły. Na to recepty dać nie można.

Czytaj dalej