Z pamiętnika prokrastynatora… czyli odwlekanie odwlekania

Odwlekanie zawsze było moją zmorą. Choć oczywiście przez dłuższy czas nie postrzegałem tego w ten sposób. Wydawało mi się, że wszyscy postępują, mniej więcej, tak samo. Przecież do egzaminów najlepiej uczy się w przeddzień, czyż nie? Terminy są ustalane po to, żeby zadania robić właśnie wtedy, gdy jest termin. Robienie przed terminem, to też działanie nieterminowe, prawda? Więc konsekwentnie pilnowałem się terminów. A ich przekraczanie było oczywistą wadą planowania, a nie skutkiem mojego działania. A spóźnianie się na spotkania nie było wynikiem odwlekania momentu wyjścia, tylko czasu, który nagle zaczął biec zbyt szybko, albo złośliwie wydłużającej się drogi. Zresztą według mnie zawsze byłem na czas (czyli dokładnie o czasie mojego przybycia), to tylko czas był nie ten. Klasyczny podział na zadania ważne i nieważne też miał u mnie własną definicję: ważne były te rzeczy, które zrobiłem. Skoro czegoś nie zrobiłem, to znaczy, że nie było to ważne… inaczej bym to zrobił. Trudno było się oprzeć logice. Nieubłaganie wskazywała na nierealność oczekiwań; działania były w porządku.

Fot. Massimo Valiani

Fot. Massimo Valiani

Wszystko szło pięknie, aż się nie zorientowałem, że wszystkie moje plany, które miałem zrealizować lada moment, są w tej samej fazie już od dekady. Obudowane nowymi, wspaniałymi pomysłami (z rozmachem, a jakże) i czekające na finalny, wspaniały, całościowy, niepodważalny, gwarantujący sukces… plan. Tak było z planami zawodowymi, prywatnymi, pasjami, hobby i Bóg wie z czym jeszcze.

Praktycznie nie byłem w stanie posunąć do przodu żadnych spraw, poza tymi wobec których miałem narzucony rytm działania i wymagania – czyli związanymi z pracą (pracodawcy też czytają blogi). To zaowocowało natychmiastowym… no nie działaniem, jeszcze nie. Na początek solennym postanowieniem działania. Dobre i to na początek. Cały czas uspokajała mnie (żeby nie powiedzieć usypiała) myśl, że przecież wielu geniuszy było prokrastynatorami. Na przykład ten…. no… Albo ten… jak mu tam?… no, taki…yyyy… No ale już na pewno ten, ten… yyyy… taki ten… NIKT! To była okrutna prawda. Nikt znany nie był prokrastynatorem. Gdyby był, nie zrobiłby niczego, z czego mógłby być znany. I odwrotnie – wiele osób, które mogłyby być znane, nie stało się takimi przez to, że nie zrealizowało swoich planów. Żartuję – lubię drażnic się ze soboą w ten sposób. Wiemy przecież, że były bardzo znane postacie, które borykały się z tym problemem. Na przykład Mozart skomponował swój pierwszy utwór dopiero w wieku pięciu lat. Edison zwlekał parę lat z uruchomieniem żarówki, wykonujac w międzyczasie tysiące ,do niczego nie prowadzących, prób. A Einstein zniechęcony bezowocnością wieloletnich prac nad znalezieniem jednoznacznych odpowiedzi na nurtujące go pytania, poszedł w rozwiązania względne. Ale dzięki uporowi wszyscy oni w końcu do czegoś doszli.

Zadziałało to na mnie mobilizująco. Postanowiłem działać i zrobić coś ze swoim odwlekaniem. Dosyć prokrastynowania… własnej prokrastynacji. Czas coś z tym począć. Przyszło mi do głowy, że najlepsze co mogłem zrobić z odwlekaniem, to pokonanie go jego własną bronią – odwlec odwlekanie. Wszystko inne przekuwać w działanie. Czyli po prostu coś robić. Chciałbym móc tu napisać pokrzepiający epilog jak to od tamtego momentu wszystko wychodziło spod moich rąk w mgnieniu oka, plany same przechodziły w działanie a projekty same się realizowały. No i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Nie było tak sielankowo. Najważniejsze jednak dla mnie w tamtym momencie było poczucie, że mam wpływ na własne działanie (albo zaniechanie). Oczywiście dalej borykałem się ze znanymi sobie problemami, ale działałem… tzn. czytałem, rozmyślałem i planowałem… krótko mówiąc zamierzałem. Na dobrą sprawę wyszło szybko na to, że robię dokładnie to co do tej pory, tylko bardziej świadomie. Nagle nastąpił prawdziwy przełom – postanowiłem to spisywać. To było chyba najlepsze, co mogło mnie w tej walce z odwlekaniem spotkać. Po pierwsze gwarantowało mi systematyczność. Po jeszcze pierwsze moglem się tym podzielić z innymi. A najpierwsze – już z czymś ruszyłem – tzn. zacząłem nadgryzać problem odwlekania pisania. A jest to jedna z moich pasji, noszona wiecznie w myślach i gdzieś tam zagrzebana.
Zdradzę teraz na co ostatnio wpadłem i co zacząłem robić… No pisać, ale jeszcze co?
Otóż zamiast kręcić się wokół rozmaitych teorii i różnych porad praktycznych, z których każda podaje jakąś listę rzeczy do zrobienia (o listach będzie w osobnym wpisie), postanowiłem zsyntetyzować znajomość siebie samego oraz to czego się dowiedziałem z różnych teori, porad, kursów i mając mniej więcej główne punkty zaczepienia, wydobyć własną diagnozę i zalecić sobie samemu moją własną, unikalną terapię.
Nie jest to, bez wątpienia, studium naukowe tylko opis mojego indywidualnego przypadku, ale może znajdziecie coś tam dla siebie.
Dla mnie to były przełomowe odkrycia, za które sam sobie przyznałem Nobla.

Podstawowa sprawa – nic nie dzieje się bez przyczyny. Zacząłem więc od dotarcia do tej, która rządzi moim indywidualnym przypadkiem.
Pierwszy podejrzany, sprawca całego zamieszania i mojego problemu – ego. Dobry znajomy nas wszystkich. Nie będę się tu rozwodził, ani silił na psychologiczne wywody – czuję się niekompetentny, a w książkach i sieci można sobie poczytać o tym do woli. Generalnie to niezły z niego gagatek. Jedno wiem – przewija się on we wszystkich materiałach na ten temat, pojawia się prawie zawsze w kwestiach związanych z prokrastynacją i generalnie wszelkimi dziwnymi zachowaniami, które mają nad nami kontrolę, a nie my nad nimi. Jest zamieszany w wiele spraw. A i ja go znam dosyć dobrze. Non stop go karmię. A w zamian podrzuca cwaniaczek lęki i obawy, jako niby rozsądne rozważania, ostrzeżenia i rzeczowe oceny. A tak naprawdę ciągnie w dół i „uwala” jeszcze zanim wystartuję. Znacie pewnie ten repertuar żelaznych zasad:
1. zastanów się czy na pewno tego chcesz?
2. czy jesteś na pewno gotów?
3. pomyśl nad czym warto by się zastanowić
4. zastanów się nad tym co pomyślałeś
5. wszystko dokładnie zaplanuj
6. przemyśl swój plan
7. jak plan jest gotowy, zastanów się, co można w nim poprawić?
8. nadaj planowi odpowiedni rozmach
9. pomyśl czy nie nakreśliłeś zbyt ambitnego planu?
10. wróć do punktu 1.

Fot. Anna Vallgårda

Można by pomyśleć, że taki grubą nicią szyty podstęp można natychmiast przejrzeć na wylot i nie sposób mu ulec, ale trzeba wziąć pod uwagę, że każdy z tych punktów jest podparty argumentami nie do odrzucenia:
– to co masz jest pewne, to co zamierzasz to tylko mrzonki. Uuu, co za ryzyko.
– pomyśl ile możesz stracić. Oj, co za lekkomyślność.
– tak to każdy by chciał, a nie każdy może. No no, co za zuchwałość.
– działanie bez pewności to samobójstwo. Bądź ostrożny.
– dopóki nic nie zrobisz, wszystko można cofnąć. Myśl rozsądnie.

Taaak… zanosiło się na wielką batalię z niełatwym przeciwnikiem. Jak się ona potoczyła opiszę w kolejnych wpisach.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s