Oko w oko z ego… czyli prokrastynator w natarciu

Dzisiaj ciąg dalszy mojej batalii z odwlekaniem („Z pamiętnika prokrastynatora”). Co prawda miał to być opis mojej własnej, unikalnej, zaplikowanej samemu sobie terapii, ale szybko okazało się, że będzie to przypominało raczej relację z wojny. Ale po kolei.

Znacie napewno to uczucie, że staracie się ruszyć z jakąś sprawą… i nic się nie dzieje. Oczywiście nie z waszej winy. Cały czas macie w głowie konkretny plan, tylko te trudności… No te okoliczności – nic na nie przecież nie poradzę. A ci ludzie – najpierw trzeba by z nimi zrobić porządek. No i czas nie ten – jak by tak wcześniej…, gdyby tylko…, ale już na pewno zaraz gdy… itd, itd, itd. Wszystko jest nie tak, my jesteśmy w porządku. Też tak miałem. Jednak, gdy tak po kolei eliminowałem swój udział w tym, co się ze mną dzieje, uświadomiłem sobie, że nie może być tak, że mnie w tym nie ma. To ja oceniam, ja wybieram, ja decyduję i ja ponoszę tego konsekwencje. Przecież nie zapadł w moich srawach żaden wyrok sądowy, ani nie uchwalono żadnego dekretu – to są moje decyzje. A jednak czułem się…

jak mucha waląca o szybę

Okno - Fot. Giandomenico Ricci

Fot. Giandomenico Ricci

– uparcie, raz za razem – podczas gdy obok jest otwarta druga połowa okna. Co za siła trzyma mnie na tym ślepym torze? Jak “puknąć” siebie, by wylecieć w wolną przestrzeń? Tak, tą siłą są oczywiście moje własne przekonania, które przez lata wdrukowły mi się w głowę jako odpowiedzi na podstępne argumenty tego, który czuwa nad moim “bezpieczeństwem”. Z poprzedniego tekstu wiecie już, że nie jest to Anioł Stróż.

Po rozpoznaniu z czym mam do czynienia, oczywistym było dla mnie, że muszę stanąć oko w oko z własnym ego. Generalnie nie miałbym nic przeciwko niemu – w końcu to jest część mnie samego – gdyby nie to, że trzyma mnie uwiązanego w miejscu. Co nie jest za bardzo moim wyborem. Można więc uznać, że to walka o wolność.
Najpierw – zgodnie ze starą sztuką wojenną – trzeba było rozpracować przeciwnika i wybrać odpowiadające mi najbardziej pole na stoczenie bitwy.
No dobra bratku. Co o tobie wiem i co mogę z tobą zrobić?

Wiem już, że ego “sprzedaje” mi lęki i obawy, jako niby rozsądne rozważania, ostrzeżenia i rzeczowe oceny. A ja to szybko kupuję. Bardzo łatwo jest dać się przekonać rzekomemu “głosowi rozsądku”, który tak naprawdę służy jedynie zastraszeniu mnie, bym nie podejmował działania. Któż nie posłuchałby własnego rozsądku? Wszyscy chcemy być rozsądni. Ale tu zachodzi subtelna sztuczka – podmiana rozsądku z lękiem.
Antidotum nasuwa się samo. Jeśli ego podsuwa mi z pozoru pożądane rzeczy jak: ocena, rozwaga, ostrzeżenie przed zagrożeniem lub pobłądzeniem – tyle że w pokrętnej formie – to trzeba znaleźć sposób na podstawienie w to miejsce obiektywnych narzędzi, z których świadomie mógłbym korzystać i rzeczywiście być rozważnym, pokornym, roztropnym i śmiałym, lecz nie zuchwałym. Słowem:

być odważnym realistą

Pierwszym krokiem jest wyraźne rozróżnienie co jest lekkomyślne, a co ryzykowne. Kierując się lękiem mieszamy jedno z drugim. Wszystko, co wystawia nas na jakiekolwiek ryzyko wydaje się być karkołomną lekkomyślnością. A przecież ryzyko jest nierozerwalnie związane z wszelkim działaniem i leży u podstaw każdej decyzji. Ryzyko jest świadomym akceptowaniem przewidywanych konsekwencji. Lekkomyślność, to nie liczenie się z konsekwencjami, czyli podejmowanie decyzji wbrew wszelkim rachubom, czy wręcz bez nich. Jeśli lęk będzie moim doradcą, nie da mi nawet zastanowić się nad ryzykiem. Wszystko odrzucę jako lekkomyślne, a więc polegnę już na wstępie jakiegokolwiek działania. Nieźle pomyślane. Ale ja obmyśliłem to lepiej: zaakceptować fakt istnienia ryzyka… co nie oznacza jeszcze jego podjęcia.

Tu dochodzimy do kroku drugiego. Obiektywne szacowanie ryzyka. Samo dotarcie do tego kroku, to już sukces. Nie dałem sobie wmówić, że jestem samobójcą, tylko osobą chcącą podjąć racjonalną decyzję. Nawet jeśli miałbym być ryzykantem (czyli świadomie przyjąć wysokie ryzyko), będzie to tylko miarą jak duże konsekwencje jestem w stanie zaakceptować, a nie jak bardzo chcę narazić swoje istnienie. Ale uwaga na kolejną pułapkę – ponieważ ego posługuje się lękiem, pójście w stronę emocji bardzo szybko nas na ów lęk nadzieje. Zawrócimy do punktu pierwszego. Choć kalkulacja jest nierozerwalnie związana z emocjami, łatwo rozpoznać kiedy dajemy emocjom kierować nami, zamiast ich używać. Jeśli sprawa zaczyna mieć za dużo “drugich stron” – z drugiej strony…, z kolei z drugiej strony…, ale jednak z drugiej strony… itd. – jesteśmy w pułapce. Kiedy widzę co zyskam i stracę, gdy potrafię ocenić prawdopodobieństwo obu sytuacji, gdy jestem w stanie powiedzieć jak będę się czuł przy różnych wariantach obrotu spraw, to jestem na dobrej drodze – mam materiał do kalkulacji bez zaprzeczania swoim emocjom. Wtedy też odzywa się nasz naturalny sprzymierzeniec – intuicja, której lęk nie jest w stanie podrobić.

Wreszcie finał – krok trzeci.Odważne decyzje, oparte na kalkulacji wspartej intuicją, zamiast paraliżu analitycznego na podstawie odczuć.

No i proszę bardzo – prosta recepta na działanie odważnego realisty. Ale znam już siebie na tyle dobrze by wiedzieć, że recepta to nie wszystko. Powiem więcej – mimo tej recepty, ruszenie z miejsca było dla mnie nadal problemem. Ego brało górę. Wiadomo było, że batalia się przeciągnie. Czas się okopać.

Ale o tym w innym wpisie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s