Jak ruszyć z miejsca… czyli nauka latania

“Zwlekanie jest jak karta kredytowa, daje dużo frajdy dopóki nie dostaniesz rachunku”
– Chritopher Parker

Można by się zastanawiać, jaki jest związek prokrastynacji z wyobraźnią. Co to ma wspólnego z fachowością? Jak to się ma do kreatywności i rozwiazywania problemów? Wreszcie co to ma wspólnego z fachowością w dziedzinie kreatywności i innowacji?

Fot. Alan Vernon / flickr.com

Fot. Alan Vernon / flickr.com

Pytania te są jak najbardziej na miejscu, bo sam – przyznam się szczerze – na początku nie bardzo wiedziałem dlaczego zdecydowałem się umieścić na tym blogu wątek poświęcony odwlekaniu, ale czułem, że jest w tym jakiś sens.

Przede wszystkim chciałem sprowokować samego siebie do działania, bo wiadomo – odwlekacz sam z siebie nie ruszy z miejsca, gdyż obowiązuje go żelazny dekalog. Trochę musiałem sam siebie szturchnąć i dać kopa na rozpęd. Po wtóre był to chytry i podstępny plan, by swoją słabość przekuć w atut. Prosta sprawa: im więcej mój wewnętrzny sabotażysta będzie miał pomysłów na dywersję, tym więcej będę miał do napisania –  czyli działania. Po trzecie. by walczyć z problemem trzeba się do niego przyznać..Po czwarte (choć nie mniej ważne) – tak nakazywała mi intuicja. A ona jest nieodłącznym kompanem kreatywności. Dzięki niej mogą objawiać się nam w wyobraźni przebłyski zaskakujących pomysłów, te słynne momenty “Aha!” (wyobraźnia stosowana!). Jednocześnie jest ona moją mocną stroną, więc pójście za nią było jak najbardziej wskazane przy przekuwaniu słabości w atuty. Teraz, im więcej nad tym się zastanawiam tym powiązania te są dla mnie coraz bardziej oczywiste.

“Wyobraźnia przychodzi tylko wtedy, gdy dajesz pierwszeństwo podświadomości, gdy zwlekasz i pozwalasz prokrastynacji pracować dla ciebie”
– Hilary Mantel

Głównym celem tego bloga  z założenia było inspirowanie – siebie samego i innych. Z doświadczenia i obserwacji wiem, że prokrastynatorzy to osoby, które posiadają duży potencjał twórczy i łatwość w generowaniu różnych pomysłów i jedyne czego im brakuje to inspiracja do działania. Być może doświadczenia kogoś z podobnymi problemami mogły by się stać taką właśnie inspiracją. I chyba założenie było słuszne, bo dość szybko dostałem list, którego fragmenty pozwolę sobie (za zgodą autora) przytoczyć (wytłuszczenia są moje):

“[…] Też mam w głowie milion pomysłów, wizji itp. ale ciągle odwlekam ich wdrożenie ponieważ  mam >>teraz coś innego do zrobienia<<. Natomiast kiedy widzę przypadki innych ludzi wydaje mi się, że na ich miejscu zaryzykowałbym, przecież mają takie możliwości na sukces. Nie żałuje Pan z perspektywy czasu, że nie podjął Pan ryzyka budowania czegoś na własną rękę? Realizacji tych planów, a nie odwlekania ich?
[…] W moim przypadku jest tak, że czuję że straciłem dużo czasu na mało wartościowe sprawy (chociaż inni twierdzą że nie). Czytam bardzo dużo na ten temat ,ale ciągle mam wrażenie straty czasu. Może to kwestia zbyt dużych ambicji? […]” 

Jest takie bardzo ciekawe ćwiczenie pomagające w osiąganiu celów. Polega ono na pisaniu listu do siebie samego w przyszłości. Jednym z jego zadań jest możliwość przyjrzenia się swoim poczynaniom z perspektywy czasu. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ten list równie dobrze mogłem ja sam napisać jakiś czas temu w ramach takiego ćwiczenia. Zawierałby dokładnie te same konkluzje i wątpliwości. Nie, nie… wcale nie twierdzę, że teraz jestem taki mądry i mam to wszystko już za sobą. Dalej w wielu sprawach mam rozterki, dalej czekam na “lepszy moment”, dalej “hołduję” żelaznym zasadom prokrastynacji i zapewne (a nawet się o to założę) za parę lat, patrząc na dzień obecny, będę miał podobne jak teraz żale i “mądrości poniewczasie”. Śmiało mogę się więc podpisać pod przytoczonymi kwestiami obiema rękami.

Drugie skojarzenie związane z listem przeniosło mnie w szkolne czasy, gdy zaczytywałem się w powieściach detektywistycznych i młodzieżowych książkach, których kanwą było rozwiązywanie tajemnic i zagadek – najlepiej jak za tym krył się zaginiony skarb. Pamiętacie te klimaty: “Szatan z siódmej klasy”, seria  “Pana Samochodzika”? Nie? Warto do nich powrócić. W każdym razie przypomniały mi się motywy z zaszyfrowanym, w starych manuskryptach lub listach, rozwiązaniem zagadki, albo przynajmniej naprowadzeniem na nie. Przytoczony list tak celnie wypunktował newralgiczne problemy, że szybko dostrzegłem gotowy klucz (stąd te wytłuszczenia) prowadzący do znalezienia recepty dla siebie i innych pokrewnych dusz.

Wykorzystać czas, który minął

Niewątpliwie perspektywa czasu niesie ze sobą nieuchronnie poczucie jego marnowania. Faktycznie – czasu, który minął nie da się cofnąć, więc poczucie straty zawsze jest. Ale jak się zastanowimy co z tego okresu możemy wykorzystać, to się okaże, że strata nie jest taka oczywista. Jeśli tylko potrafimy uważnie siebie obserwować, czerpać doświadczenia i wyciągać wnioski, możemy ten czas potraktować jako inwestycję w szkolenie. Jeśli za dużo już zainwestowaliśmy, to postarajmy się o jak najszybszy zwrot z tej inwestycji – czyli zróbmy coś. I nawet gdy wystartujemy z opóźnieniem – co jest bardzo prawdopodobne, gdyż prokrastynator to człowiek z przyszłością – będzie to start  z innego poziomu. A jak wystartować? O tym za chwilę.

Jak wspomniałem, odwlekacze są zazwyczaj osobami bardzo kreatywnymi z mnóstwem pomysłów, a już na pewno takimi, którym pomysły na nowe działania przychodzą do głowy znacznie szybciej niż “możliwości” ich realizowania. Ta ilość jest jednak efektem pewnego złudzenia. Pomysłem jest wszystko, co może się kiedyś przydać. A dopóki nie sprawdzimy tego w działaniu wszystko wydaje się bardzo obiecujące, nowatorskie i pożyteczne. Działa to też w drugą stronę – tak obiecującego pomysłu nie wolno “spalić” już na starcie, więc czekamy, aż będziemy odpowiednio przygotowani. A co oznacza “odpowiednio”? Tego nie wiadomo, dlatego czekanie przeciąga się bardzo długo.  I koło się zamyka, bo im dłużej czekamy, tym bardziej rośnie przeświadczenie o wartości naszych zamiarów.Dodatkowo duża ilość absorbujących planów działa paraliżująco, bo nie wiadomo za co się zabrać najpierw. Powoduje to, że zwykłe wyznaczanie priorytetów nie działa, bo popadamy w myślenie w kategoriach wszystko albo nic. Za tym idzie poczucie ryzyka, a lęk przed nim prowadzi do czekania na lepszy moment.

“Byłbym bardziej przerażony niekorzystaniem z  posiadanych możliwości, jakiekolwiek by nie były. Bardziej bałbym się zwlekania i lenistwa”
– Denzel Washington

Nie żałujmy czasu, który straciliśmy. Skupmy się na czasie, który tracimy teraz. Poczucie ryzyka nie usprawiedliwia czekania. Ono wcale go nie zmniejsza. Wręcz przeciwnie – ryzyko będzie tylko rosło. Sprawdza się tu powiedzenie P. Druckera, że

największym ryzykiem jest unikanie ryzyka

No i ta potrzeba ciągłego “doczytywania”. Przyznam, że pochłaniam masę książek, a wiadomo: wiedzy nigdy za wiele. Ale teraz uświadomiłem sobie, że łatwo przekroczyć tę cienką granicę między chęcią stania się lepszym a potrzebą wykazania sobie, że jeszcze dość dobrym się nie jest. A właśnie dzisiaj usłyszałem w jednej z audycji – nie liczy się co wiesz, ale to co z tym zrobisz – więc rada jest prosta: czytać o tym co się robi (by robić to lepiej), a jak się już przeczyta, natychmiast coś zrobić.

Stare przysłowie mówi, że każdą – nawet najdłuższą drogę – rozpoczyna pierwszy krok. Niby proste… ale nie łatwe. Z dwóch powodów:
1. Zbytnie oddalenie celu… aż do utraty z nim kontaktu. Nasze plany, o których mamy przekonanie, że tylko one odzwierciedlają nasze aspiracje i marzenia, są tak dalekosiężne i ambitne, że im bardziej ich pragniemy, tym bardziej wyidealizowany cel się oddala.  Bardzo zdrowe i twórcze podejście: “jak mogłoby być?” zostaje zastąpione destruktywnym: “jak być musi”. W końcu paraliżuje nas przeświadczenie, że nigdy tam nie dojdziemy.
2. Niewiara w skuteczność drobnych kroków. Jak mały krok może dać efekt na miarę naszych planów? Mamy przecież cały czas w pamięci przekonanie o niezwykłości naszego pomysłu i związane z tym ogromne nadzieje. Wykonywanie trywialnych czynności jakoś z tym nie licuje. Nie jest to chyba droga do naszego celu. Musimy być tak przygotowani, żeby podejmować takie kroki, które będą przynosiły konkretne, namacalne i spodziewane efekty. Najlepiej z gwarancją. Przecież przepaści nie przeskoczy się w paru krokach.

W takiej sytuacji nawet jeśli coś zaczniemy, to szybko poprzestaniemy na skromnych, ale obiecujących początkach, bo spodziewany sukces nie nadszedł. Jest jednak na to sposób.

Idealny plan

a właściwie dwa. Spisz sobie je:
Pierwszy – najważniejszy – godny twoich aspiracji. Przyjdzie łatwo, bo pewnie już go nosisz w głowie od dłuższego czasu (przynajmniej w zarysie). Skoncentruj się na spodziewanym efekcie. A teraz wyznacz termin, kiedy chciałbyś, by to się stało. Nie bój się, zaczniesz gdy będziesz czuł się gotowy.
Drugi – plan minimum – taki na teraz, awaryjny, gdybyś nie zdążył z tym na miarę twoich aspiracji. Co byś zrobił gdybyś musiał osiągnąć cel, bez względu na efekt i musiał zacząć już dziś, z tym co masz?

Następnie spisz kolejno kroki jakie należy wykonać. W pierwszym planie od końca. Od sukcesu, poprzez to co go poprzedzało, aż do teraz. W drugim zacznij od dzisiaj i podążaj ku przyszłości. Co kolejno zrobisz?
Pierwszy plan uspokoi perfekcjonistę. Zwalnia cię z obowiązku angażowania się w coś, do czego nie czujesz się jeszcze gotów lub “wystarczająco dobry”. Podejrzewam, że to właśnie jest największym problemem w prokrastynacji – zrobić coś, co będzie miało ciąg dalszy, za czym idzie jakieś zobowiązanie i wzięcie za to odpowiedzialności. Dlatego w pierwszej kolejności, bez wahania i z lubością łapiemy się za wszelkie inne rzeczy, które zazwyczaj są jednorazowymi działaniami i nie kojarzą się nam z długofalowym zaangażowaniem i koniecznością konfrontowania się z obrotem spraw.
Od tego jest właśnie drugi plan, który będzie stopniowo oswajał cię z potrzebą pełnego zaangażowania i myślą o zbliżającym się sukcesie. W którymś momencie oba plany powinny mieć punkt styczny. To punkt w którym będziesz miał coś gotowego, dodatkowo z przygotowaną koncepcją jak to dalej udoskonalać. A teraz

skończ z zaczynaniem i zacznij kończyć

Znalazłem tę fantastyczną radę w poradniku dla pisarzy – problem niedokończonych projektów to ich chleb powszedni (no i proszę: związek prokrastynacji z twórczością). To takie proste, bo w sumie sprowadza się do jednego – zanim będziesz miał coś idealnego, idealnie jest już mieć coś. I łatwe, bo dzięki “dwubiegunowemu” planowi nie jest to zwykłe zmuszenie się do zrobienia pierwszego kroku, ale gwarancja zrobienia czegoś idealnego. Z tym, że w dwóch rzutach – najpierw coś, potem idealne. Pamiętaj, że każdy ideał był kiedyś prototypem. Dlatego nieustannie wymyślaj, testuj i poprawiaj – klasyczny cykl w rozwiązywaniu problemów i innowacyjności (o proszę, kolejny związek).

Zacznij dziś – jutro nie nadejdzie nigdy (brzmi jak z Bonda, ale dla nas, prokrastynatorów, jest to faktycznie rodzaj “mission impossible”). Jak to celnie określają Hiszpanie – jutro jest najbardziej zajętym dniem tygodnia – dlatego skorzystaj z jedynego wolnego terminu: dzisiaj. I pamiętaj – testuj pomysły jak najszybciej, to tylko prototypy. Jeśli coś ma nie wypalić, to oby to było jak najszybciej. Bez tego nie będzie lepszej wersji. Pisarze radzą sobie z tym w prosty sposób: chcesz napisać powieść, zacznij od jednej strony (streszczając fabułę); potem tylko rozwijaj. Plan już masz – to jest twoja powieść na jednej stronie. Teraz ją rozwijaj. Każdego dnia pytaj się: co mogę zakończyć dziś na mojej drodze? Jeśli dalej nie masz nic, to weź cokolwiek i “okrój” to tak, byś mógł to zrobić w całości dzisiaj. Choćby to był mało istotny (pozornie) krok. Tak naprawdę nie ma nieistotnych kroków, jeśli są w twoim planie. Pamiętaj – samolot nigdy nie startuje z docelowego pułapu. Mało tego, na początku nawet w ogóle nie leci, zaledwie jedzie.

A co na wypadek, gdybyśmy rzeczywiście utknęli w którymś momencie? Proponuję tu skorzystać z rady doświadczonych trenerów hokeja – jeśli już naprawdę nie wiesz co zrobić, to strzel gola.

Czy sam to stosuję? Skoro to czytasz, to raczej tak. Nie wiem, czy ująłem wszystko co zamierzałem. Nie wiem, czy tak zgrabnie, przejrzyście i trafnie jak bym chciał. Zobaczę, jeszcze doczytam i ewentualnie poprawię w następnym artykule, ale konkretny krok niniejszym zrobiłem. Na doskonałość mogę poczekać.

A związek z fachowością? No cóż – samo określenie prokrastynacja jest już bardzo fachowe. Czyż nie?

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s