Jak wyruszyć po skarb… czyli przygoda z ograniczonym ryzykiem

“Tylko ci, którzy idą zbyt daleko, wiedzą jak daleko mogą zajść”
– anonim

Fot. Timitrius / flickr.com

Fot. Timitrius / flickr.com

W poprzednim wpisie zachęcałem do ruszenia z miejsca, by podążać za wyznaczonym celem. Przekonywałem do szybkiego wprowadzania w czyn wszystkiego, co do niego prowadzi. Cokolwiek by to nie było, nawet skrawek, nawet na brudno, nawet na próbę – tak na tymczasem. Pamiętając przy tym by jak najszybciej weryfikować jakość każdego proponowanego rozwiązania, wyciągając wnioski i udoskonalając kolejną wersję, kolejną propozycję, kolejny prototyp.
Doskonale rozumiem tych, co dalej wahają się przed startem. Czy cel jest pewny, czy nie ma ryzyka po drodze, czy trafię tam gdzie zamierzam? Czytaj dalej

Reklamy

Jak ruszyć z miejsca… czyli nauka latania

“Zwlekanie jest jak karta kredytowa, daje dużo frajdy dopóki nie dostaniesz rachunku”
– Chritopher Parker

Można by się zastanawiać, jaki jest związek prokrastynacji z wyobraźnią. Co to ma wspólnego z fachowością? Jak to się ma do kreatywności i rozwiazywania problemów? Wreszcie co to ma wspólnego z fachowością w dziedzinie kreatywności i innowacji?

Fot. Alan Vernon / flickr.com

Fot. Alan Vernon / flickr.com

Pytania te są jak najbardziej na miejscu, bo sam – przyznam się szczerze – na początku nie bardzo wiedziałem dlaczego zdecydowałem się umieścić na tym blogu wątek poświęcony odwlekaniu, ale czułem, że jest w tym jakiś sens.

Czytaj dalej

Między zamysłem a działaniem… czyli jak nie utknąć w wolności

Dzisiaj jest szczególny dzień, a raczej szczególny przeddzień, w którym wielu z nas będzie podejmować postanowienia noworoczne. Muszę przyznać, że jest w nich coś magicznego.  Mianowicie to, że choć w 99,9% ich nie wypełniamy, to niezmiennie co roku postanawiamy coś na nowo. W 99,9% przypadków są to te same sprawy. Co powoduje, że choć nie jesteśmy w stanie wytrwać przy realizacji postanowień, to niezmiennie trwamy przy tradycji ich podejmowania?

Każdy chyba musi sobie odpowiedzieć na to pytanie sam. Ale podam swoją podpowiedź – klucza do zagadki proponuję szukać gdzieś między zamysłem a działaniem. Jest to specyficzna przestrzeń. Z jednej strony daje nam nieskrępowaną możliwość wyboru, z drugiej zaś może nas wciągnąć na mieliznę czekania na to, co nazywamy  odpowiednim momentem. Jedni pokonują tę przestrzeń w jednym kroku, inni błąkają się po niej latami. Dla jednych jest furtką ku wolności, dla innych labiryntem i prawdziwym wyzwaniem.
Brzmi to może trochę tajemniczo, ale sprawa jest zaskakująco prosta. Więcej o tym piszę w artykule opublikowanym w blogosferze polskiego wydania Harvard Business Review:
“Mała zgoda na wielką zmianę, czyli jak uciec przed wolnością”

Fot. life is good (pete) / flickr.com

Fot. life is good (pete) / flickr.com

Zapraszam do lektury i jednocześnie, korzystając z okazji, życzę wszystkim Czytelnikom wytrwałości w realizacji planów (proponuję tak właśnie nazywać nasze postanowienia) i wielu milowych kroków w Nowym Roku. Kroków ku wolności.

Rozejm z ego… czyli o niespoczywaniu na laurach

Dzisiaj już ostatni “rozrachunkowy” (nie mogę jakoś uciec od finansowych porównań) odcinek, który przekształcił się w relację z wojny. Nie oznacza to, że kończę wątek poświęcony pięknemu zagadnieniu prokrastynacji – czyli mówiąc prościej: notorycznemu odwlekaniu. A praktycznie to ujmując – wiecznemu składaniu samemu sobie obietnic. Zagadnienie to będzie się dalej pojawiać z prostej przyczyny (dla której właśnie je umieściłem): tworzenie to zmiany, a nie ma zmian bez działania. Dodatkowo mam świadomość, że jeśli chce się cokolwiek zmienić, trzeba zacząć od siebie:

“Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie”
– Mahatma Gandhi

Być może “sztuka” odwlekania doczeka się osobnej “zakładki” (temat jest na prawdę wart osobnego potraktowania) bo trudno by strona poświęcona , jakby nie było, zmianom sama im nie ulegała.

Fot. Madison Berndt / flickr.com

Fot. Madison Berndt / flickr.com

Ale wracając do mojej relacji z wojny z ego, od razu uprzedzę, że nie było w niej wygranych ani przegranych . Wojny toczonej z samym sobą wygrać nie można, bo byłoby się jednocześnie pokonanym. Taki mały paradoks. Więc skończyła się najlepiej jak można było – rozejmem. Na czym on polegał za chwilę. Najpierw o tym jak do niego doszło.
Generalnie z analizy pól ego wynika, że dopadło mnie ono najbardziej w kwestii próżności. Pole “szpanu” było moim najsłabszym ogniwem. Zdecydowanie.

Czytaj dalej

Jak przejrzeć ego… czyli relacja z okopów

Jak już pisałem wcześniej, toczę wojnę z ego. Jest to wojna o wolność i możliwość tworzenia mojego autorskiego życia, zamiast bezwolnego kręcenia się wokół zakodowanych nawyków, przekonań i powinności. Nie ma to nic wspólnego z buntem, tęsknotą za beztroskim życiem czy desperacją. Po prostu mój bilans życiowy wyraźnie mi pokazywał, że to co obracam w czyn, to sprawy narzucone z zewnątrz, natomiast moje dążenia i pragnienia znajdują odzwierciedlenie jedynie w planach – zmieniających się, dopracowywanych i wiecznie udoskonalanych, którym brakuje tylko jednego: dobrego momentu na zaczęcie. A sprawa jest prosta – choć zajęło mi dość dużo czasu zrozumienie tego – jeśli nie żyjesz swoimi marzeniami, to znaczy, że żyjesz nie swoim życiem. Spełniasz czyjeś marzenia czy oczekiwania. A kiedy będziesz miał czas na własne życie? Drugiego nie będzie.

Fot. Chris Murphy

Fot. Chris Murphy

Wspomniałem również, że samo dostrzeżenie ego (które stoi za tym wszystkim) i jego sztuczek nie wystarczyło. Nie zanosiło się na szybką potyczkę. Raczej na wojnę pozycyjną. Okopałem się więc, by rozpoznać sytuację, teren i przeciwnika – jego strategię, przewidywany kierunek natarcia i (przede wszystkim) słabe punkty.  Już po samym języku widać chyba, że nie żartowałem. Cel był zbyt poważny, by skończyło się tylko na uświadomieniu sobie tego czy owego. Wojna to wojna.

Czytaj dalej

Oko w oko z ego… czyli prokrastynator w natarciu

Dzisiaj ciąg dalszy mojej batalii z odwlekaniem („Z pamiętnika prokrastynatora”). Co prawda miał to być opis mojej własnej, unikalnej, zaplikowanej samemu sobie terapii, ale szybko okazało się, że będzie to przypominało raczej relację z wojny. Ale po kolei.

Znacie napewno to uczucie, że staracie się ruszyć z jakąś sprawą… i nic się nie dzieje. Oczywiście nie z waszej winy. Cały czas macie w głowie konkretny plan, tylko te trudności… No te okoliczności – nic na nie przecież nie poradzę. A ci ludzie – najpierw trzeba by z nimi zrobić porządek. No i czas nie ten – jak by tak wcześniej…, gdyby tylko…, ale już na pewno zaraz gdy… itd, itd, itd. Wszystko jest nie tak, my jesteśmy w porządku. Też tak miałem. Jednak, gdy tak po kolei eliminowałem swój udział w tym, co się ze mną dzieje, uświadomiłem sobie, że nie może być tak, że mnie w tym nie ma. To ja oceniam, ja wybieram, ja decyduję i ja ponoszę tego konsekwencje. Przecież nie zapadł w moich srawach żaden wyrok sądowy, ani nie uchwalono żadnego dekretu – to są moje decyzje. A jednak czułem się…

jak mucha waląca o szybę

Okno - Fot. Giandomenico Ricci

Fot. Giandomenico Ricci

– uparcie, raz za razem – podczas gdy obok jest otwarta druga połowa okna. Co za siła trzyma mnie na tym ślepym torze? Jak “puknąć” siebie, by wylecieć w wolną przestrzeń? Tak, tą siłą są oczywiście moje własne przekonania, które przez lata wdrukowły mi się w głowę jako odpowiedzi na podstępne argumenty tego, który czuwa nad moim “bezpieczeństwem”. Z poprzedniego tekstu wiecie już, że nie jest to Anioł Stróż.

Czytaj dalej

Z pamiętnika prokrastynatora… czyli odwlekanie odwlekania

Odwlekanie zawsze było moją zmorą. Choć oczywiście przez dłuższy czas nie postrzegałem tego w ten sposób. Wydawało mi się, że wszyscy postępują, mniej więcej, tak samo. Przecież do egzaminów najlepiej uczy się w przeddzień, czyż nie? Terminy są ustalane po to, żeby zadania robić właśnie wtedy, gdy jest termin. Robienie przed terminem, to też działanie nieterminowe, prawda? Więc konsekwentnie pilnowałem się terminów. A ich przekraczanie było oczywistą wadą planowania, a nie skutkiem mojego działania. A spóźnianie się na spotkania nie było wynikiem odwlekania momentu wyjścia, tylko czasu, który nagle zaczął biec zbyt szybko, albo złośliwie wydłużającej się drogi. Zresztą według mnie zawsze byłem na czas (czyli dokładnie o czasie mojego przybycia), to tylko czas był nie ten. Klasyczny podział na zadania ważne i nieważne też miał u mnie własną definicję: ważne były te rzeczy, które zrobiłem. Skoro czegoś nie zrobiłem, to znaczy, że nie było to ważne… inaczej bym to zrobił. Trudno było się oprzeć logice. Nieubłaganie wskazywała na nierealność oczekiwań; działania były w porządku.

Fot. Massimo Valiani

Fot. Massimo Valiani

Wszystko szło pięknie, aż się nie zorientowałem, że wszystkie moje plany, które miałem zrealizować lada moment, są w tej samej fazie już od dekady. Obudowane nowymi, wspaniałymi pomysłami (z rozmachem, a jakże) i czekające na finalny, wspaniały, całościowy, niepodważalny, gwarantujący sukces… plan. Tak było z planami zawodowymi, prywatnymi, pasjami, hobby i Bóg wie z czym jeszcze.

Czytaj dalej